Jubileuszowi 180-lecia murowanej szkoły w Kochanowicach towarzyszyło wiele konkursów. Wśród nich miał miejsce konkurs literacki pt. „Szkoła moich przodków” przeprowadzony w dwóch kategoriach wiekowych: klasy IV–VI szkoły podstawowej oraz gimnazjum. Wpłynęło bardzo wiele prac uczniów.

Ocenie podlegały: zgodność z tematyką konkursu, wartość merytoryczna, oryginalna forma realizacji tematu i poprawność językowa.

 Prace mogły być ujęte w formie wspomnienia, opowiadania, wywiadu, wiersza lub w innej oryginalnej postaci literackiej, zależnie od inwencji twórczej uczestnika. Jury miało wiele trudności z dokonaniem wyboru najciekawszych wypowiedzi, gdyż były one niezwykle różnorodne, przemyślane i świadczyły o ogromnym wkładzie pracy. Dowiedzieliśmy się dzięki nim wielu różnych ciekawostek i anegdot związanych z przeszłością naszej szkoły. Warto podkreślić, iż żywa jest wciąż pamięć o emerytowanych nauczycielach, którzy na zawsze pozostaną w pamięci wychowanków. Konkurs stał się również okazją do spotkań i rozmowy z dziadkami, sąsiadami pamiętającymi dawne realia szkoły. Zwycięzcom gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów. Poniżej prezentujemy przykładowe prace nagrodzonych uczniów.

WYNIKI

SZKOŁA PODSTAWOWA

I miejsce :  Magdalena Huć kl. V a

II miejsce:  Weronika Wołowczyk  kl. VI b

III miejsce ex aequo : Monika Pyka i Karina Kompala kl. V a

GIMNAZJUM

KATEGORIA – KARTKA Z PAMIĘTNIKA

I miejsce: Piotr Kulisz kl. I b

II miejsce: Magdalena Czernikowska   kl. III a

III miejsce: Sandra Knejska  kl. III a

KATEGORIA – OPOWIADANIE

I miejsce: Julia Prandzioch  kl. III b

II miejsce: Klaudia Matusek  kl. II b

III miejsce: Miłosz Biela  kl. III a

KATEGORIA – WYWIAD

I miejsce: Martyna Gołąbek  kl. III b

II miejsce: Marcin Pawełczyk  kl. I b

III miejsce : Wiktoria Stępień  kl. I a

KATEGORIA – WIERSZ:

I miejsce: Nikola Zając  kl. I b

KATEGORIA – WSPOMNIENIE:

2 wyróżnienia ex aequo : Grzegorz Imiołczyk  kl. II b i Kamila Majczak  kl. I b

 

„Szkoła moich przodków”-wywiad z Marią Henne

Marcin Pawełczyk: Dzień dobry.

Maria Henne: Dzień dobry.

M.P. : Kiedy chodziłaś do szkoły?

M.H.: Chodziłam do szkoły w latach 1950-1957, kiedy kierownikiem szkoły był Henryk Klepacz, a wychowawczynią Halina Klepacz.

M.P.:  Gdzie chodziłaś do szkoły?

M.H.:  Chodziłam do szkoły podstawowej w Kochanowicach.

M.P.: Ilu było was w klasie i czy wszyscy byli w tym samym wieku?

M.H.: Było nas w klasie 26 i jeden uczeń był rok młodszy od reszty uczniów.

M.P.: Jak wyglądała wasza szkoła?

M.H.: Szkoła była w zamku von Aulock, ta sama co dzisiaj. Była ona niezadbana po działaniach wojennych. Ubikacje były w oddzielnym budynku na podwórku. W tym budynku mieściło się także przedszkole.

M.P.: Jak wyglądały pomieszczenia, w których uczyliście się?

M.H.: Klasa wyposażona była w ławki z oparciem dla dwojga uczniów. W blacie były kałamarze i wgłębienia na pióro i ołówek. Na frontowej ścianie wisiały dwie tablice, nad nimi godło – orzeł i portrety przedstawicieli władz. W klasie stał też piec węglowy.

M.P.:  Jakie miałaś przedmioty szkolne?

M.H.:  Matematyka, język polski, geografia, biologia, śpiew, rysunek i prace ręczne.

M.P.: Czy każdy nauczyciel nauczał  innego przedmiotu?

M.H.: Każdy nauczyciel był przygotowany do nauki każdego przedmiotu.

M.P.:  Jak wyglądał zwykły dzień w szkole?

M.H.: Lekcje trwały po 45 minut, a przerwy po 5 minut. Lekcji było 4 lub 5 dziennie i w soboty też.

M.P.: Czy były zajęcia pozaszkolne?

M.H.: Początkowo nie, ale później były sportowe i artystyczne.

M.P.: Jaki był system oceniania?

M.H.: Oceny: b. dobry, dobry, dostateczny, niedostateczny.

M.P.: Jakie ponosiliście kary za złe zachowanie?

M.H.: Ostrzeżenie słowne i kary cielesne biciem (trzciną lub smyczkiem), stanie w kącie i pisanie sto razy jednego zdania.

M.P.: Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził

Marcin Pawełczyk


Mój pamiętnik

Piątek, 14 czerwca 1957

   Dzień pełen wrażeń! Chyba dobrze, że już się skończył! Zacznę od początku. Rano wstałam, zjadłam z bratem i siostrami śniadanie (chleb z masłem posypany cukrem i obowiązkowo szklanka mleka), wzięłam zeszyty pod pachę i pobiegłam do szkoły. Dzień był słoneczny i ciepły. Nie chciało nam się siedzieć w ławkach, a tu rozpoczyna się jeszcze od muzyki z Parysem. Erich z resztą chłopców zaczął się wygłupiać i śpiewać własne teksty, które niekoniecznie podobały się nauczycielowi. Wszyscy chłopcy dostali smyczkiem po palcach. Na tę godzinę się uspokoili. Następną lekcją był ruski. Na moje nieszczęście pan wziął mnie do odpowiedzi. Kazał napisać mi na tablicy słowo „dzieci” po rosyjsku. Napisałam dobrze, już byłam zadowolona ze swojego sukcesu, kiedy nauczyciel powiedział mi, abym to przeczytała, a ja z uporem mówiłam ciągle „rebiata”. Po dziesiątym razie mojego „rebiata” klasa  śmiała się do rozpuku, a od pana dostałam długą, drewnianą linijką. Już chyba do końca życia zapamiętam akcent w słowie „riebiata”. W końcu upragniona długa przerwa. Nauczyciel poszedł na śniadanie do domu. Aż strach pisać co się później działo. Dyżurni otworzyli okna, a że klasa jest na parterze, wpadłam na pomysł, aby wyskakiwać przez okno, obiegać szkołę i wracać do klasy na lekcję. Zabawa była super, jednak za trzecim okrążeniem Małgosia potknęła się na biurku nauczyciela i zbiła cenne preparaty biologiczne z zarodkiem królika. Wszystko się wylało. Nie wiedzieliśmy co robić: śmiać się czy płakać. Pierwsze co nam przyszło na myśl to uciekać ze szkoły, ale dyr stał już w drzwiach klasy. Chłopcy grzecznie bawili się na podwórku, więc nie miałyśmy na kogo zwalić winy. Rozmowa była straszna. Wszystkie dostałyśmy „po dupach”. No, ale cóż, zapamiętam to na bardzo długo. Na biologii wszystkie dziewczynki były pytane, posypały się same dwóje. Ostatnia lekcja to język polski. Zadanie domowe miałam odrobione, trzeba było napisać pięć zdań z wyrazami kończącymi się na –ący, -ąca. Do odpowiedzi pani wybrała Pawła. Zaczął czytać: „Na parapecie stoi kwiatek ący”, „Na boisku bawią się dzieci ące”. Wszystkie dzieci śmiały się, nauczycielka tym bardziej. Paulek nie zrozumiał zadania, ale on już cały dzień był wczorajszy.

  Po lekcjach wróciłam do domu. Zjadłam obiad. Razem z Małgosią i Lucą poszłam do lasu na jagody. Szczęście nam dopisało, bo nazbierałyśmy trzy dzbanki jagód. Mama obiecała mi, że jutro przy pieczeniu chleba upiecze też trochę kołoca z jagodami. Mam plan, że przez wakacje będę chodziła z dziołchami do lasu na jagody, będę odnosić je do skupu, a za zarobione pieniądze kupię sobie nowe buty. Wieczorem musiałam jeszcze iść napoić krowy do stawku. Miałam jeszcze dosyć dużo zadania i mama musiała mi zaświecić świeczka, bo już się ciemniło w domu. Potem pobiegłam do omy na kolacja. Aż strach jutro iść znowu do szkoły, szczególnie na ten nieszczęsny ruski.

Piotr Kulisz, kl. Ib


,,Szkoła moich przodków”

          Pewnego lipcowego wieczora, czytałam pamiętnik mojego dziadka, który był uczniem szkoły w Kochanowicach. Opisywał w nim z największą dokładnością swe lata szkolne. W tym skwarze i duchocie usnęłam z lekturą pod głową.

            Drzemiąc, śniłam o wydarzeniach opisanych w pamiętniku. W ten sposób przeniosłam się wyobraźnią w nieznane mi czasy.

            Były to lata 1961 – 1969 roku. Szkoła różniła się diametralnie od dzisiejszej. Nosiła nazwę Karola Miarki. Uczniowie chodzili do szkoły pieszo, gdyż nie było rowerów, ani samochodów. Rozpoczęcie roku szkolnego nie było tak uroczyste jak teraz. Nie było poprzedzone Mszą Świętą, a wychowankowie przychodzili do swoich klas, otrzymywali plan lekcji i omawiali najistotniejsze kwestie. Było osiem klas podstawowych, pojedynczych. W każdej  z nich uczyło się od dwudziestu pięciu do trzydziestu uczniów. Chodzili do szkoły od poniedziałku do soboty. Wolne były tylko niedziele. Każdego dnia w młodszych klasach odbywały się od czterech do pięciu lekcji, a w starszych od sześciu do ośmiu. Od pierwszej do ósmej klasy był jeden i ten sam wychowawca. Kwestią godną poruszenia były stroje szkolne byłych uczniów. Każdy nosił granatowy mundurek z białym kołnierzykiem. Dziewczęta nosiły granatowe spódnice. Ławki były podwójne, a w każdej z nich kałamarz z atramentem i pióro. W starszych klasach pisano długopisami. Na terenie szkoły nie używano obuwia zmiennego. Kurtki, czapki, szaliki itd. wieszano na hakach, które znajdowały się na parterze. Byli dyżurni szkoły i klasy, którzy pilnowali porządku. Zmiana zachodziła co tydzień. Przerwa trwała dziesięć minut, wyjątkiem była czwarta przerwa, która trwała dwadzieścia minut. W przeciwieństwie do dzisiejszych czasów w szkołach nie były wydawane obiady. Skala ocen obejmowała oceny od dwa do pięć. Każda klasa miała swojego przewodniczącego. Kierownikiem szkoły był Henryk Klepacz. Rok szkolny składał się z czterech okresów, a pod koniec każdego odbywała się wywiadówka. Na muzyce jedynym instrumentem, na którym grał nauczyciel były skrzypce. W tych latach muzyki uczył Aleksander Badora, pochodzący z Blachowni. W swojej sali na stoliku zawsze miał miskę z wodą, aby umyć ręce brudne z kredy. Religii uczył ksiądz, który zabierał uczniów na lekcje do salki katechetycznej. Biblioteka znajdowała się w dzisiejszej siódemce po lewej stronie. W-F w chłodne dni odbywał się w szkole na I piętrze, a w ciepłe dni na boisku między szkołą, a toaletami, które znajdowały się pod płotem naprzeciwko frontowych drzwi do szkoły. Dzieci, w klasach od pierwszej do ósmej mogły brać udział w sekcjach piłki nożnej i szachów chłopców. Był szczebel powiatu i wojewódzki. Nauczycieli było od dziesięciu do piętnastu. Za nieposłuszeństwo bili uczniów linijką lub kijkiem po palcach. Uczyli więcej, niż jednego przedmiotu. Na parterze po lewej stronie znajdowało się przedszkole. Na zakończenie roku szkolnego, uczniowie, za swe dobre wyniki w nauce otrzymywali nagrody – książki. Było również organizowane przyjęcie z kawą i poczęstunkiem.

            Sen przerwała wołająca mnie na kolację mama. Pierwsze chwile po obudzeniu były bardzo emocjonalne, zdałam sobie sprawę, że nie chciałabym żyć w tamtych czasach.

 

Klaudia Matusek, klasa II b


e-mail admina
Sierpień 2018
P W Ś C P S N
« Cze    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031